Paradoks. Nie chce się go a i tak rządzi tak wieloma decyzjami…

No bo weźmy przykład pierwszy z brzegu. Założyłam tego bloga po to żeby pisać tu często i o wszystkim. Bo to mnie wentyluje. A wychodzi jakoś tak, szczególnie ostatnio że nie piszę na pewno często i na pewno nie o wszystkim. Czemu? Bo ludzie „z internetu” już kiedyś mnie „zawiedli” i teraz boję się prostej zasady: wszystko co powiesz może być użyte przeciwko tobie…

A jeśli nie mogę pisać o tym co powoduje we mnie najwięcej emocji bo się boję to po co pisać często? A z drugiej strony mojego bloga odwiedza jedna osoba. No dobra może jeszcze jakiś jeden czy dwóch ktosiów poza moją przyjaciółką :P. Więc w sumie nie ma czego się bać więęęęęc w sumie powinnam czuć się swobodnie. A jednak tak nie jest. I czy to właśnie nie jest paradoks???

Paradoks to mój dobry kolega. Znamy się przecież już tak długo i dobrze…

Smutno mi. Bardzo. Najgorsze jest to że doskonale znam powód swojego smutku. Wiem też co sprawiłoby mi teraz prawdziwą radość. Problem w tym, że właśnie ta rzecz jedynie pogłębiłaby problem.  Bo to jest trochę tak jak się tonie. Ta radość to łódź która nas ratuje. Problem w tym, że płynie wgłąb morza na wielomiesięczną wyprawę, na której sobie na pewno nie poradzimy. Więc to „ratujące życie” wyjście może nas zabić… Będzie to tylko śmierć tym boleśniejsza i dłuższa. Z jednego prostego powodu: bo da nadzieję…

Nadzieja jest dobra. Ale niespełniona może mieć moc tak niszczycielską jak szarańcza – po tym jak się skończy nie pozostawi nic żywego… 

Dlatego nie lubię już nadziei. Wolę suche,  b e z p i e c z n e  fakty.

Bo trudno… Po prostu trudno…

Pisałam tutaj dokładnie miesiąc temu… To wcale nie takie proste wrócić…

5 czerwca trafiłam do szpitala. A potem do następnego. Byłam tam w sumie 10 dni. To było trudne 10 dni… A następne 10… 15… też nie były proste… Dalej nie są…

To dziwne uczucie, że mogło się tak zdarzyć, że mogło mnie tu już nie być. Tak, to dziwne uczucie… Ale jestem. Ja i moje emocje. Emocje, których jest tak bardzo dużo. Dziś już o nich nie napiszę. Jeszcze nie potrafię. Dziś po prostu wracam. Z bardzo dalekiej podróży… 

Dopiero teraz zaczynam czuć jak długa to była podróż. I że tak naprawdę to nic się nie udało…

V. 

Zapach kwiatów śmierci.

Miałam ostatnio sen. I przedostatnio też miałam sen. Jeden był gorszy od drugiego. Obydwa mnie skrzywdziły. Czy sen może skrzywdzić? Mnie tak.

Nie opowiem Wam ich, bo bolą. Zbyt mocno. 

Wszystko co się ostatnio ze mną dzieje wyraźnie mówi mi, że moja dusza głośno krzyczy z bólu. Jest tego tak wiele, że w niektórych momentach zatracam się w odpowiedzi na pytanie gdzie kończy się przyczyna, a zaczyna skutek. 

Leżę. Dziś dużo leżałam. ja_umieram_sobie_tak_po_cichu_od_2014-05-30_21-38-37_middlePróbowałam „odleżeć” całą gonitwę ostatniego tygodnia. Nie udało się. Dalej jestem wyczerpana. Poza wszystkimi bolączkami mojego organizmu pojawił się dziwny ból żołądka. Nie jestem w stanie zupełnie zgadnąć co się dzieje. To takie irytujące.

Leżę. A dalej nie mam sił. Leżę i cały czas mówię do siebie: wstań, musisz dziś zrobić tyle rzeczy z twojej listy. Mija godzina. Mówię sobie: poleżałaś, teraz już na pewno masz siły wstać. Mija następna godzina. Jestem już na siebie bardzo zła: I widzisz! Nie zdążysz zrobić wszystkiego. Wstawaj. Musisz wykonać choć kilka punktów. Natychmiast. Znów mija godzina. Teraz próbuję samą siebie przekonać: na pewno masz siły. Musisz tylko spróbować. Siadam. Nie daję rady. Znów się kładę. Mija następna godzina. Stwierdzam, że zaraz wypadałoby pójść spać, ale uświadamiam sobie, że mam nieprzygotowane łóżko, bo miałam przecież to zrobić, zgodnie z moją listą. Jestem załamana. Siadam. Nie potrafię wstać ani pójść się wykąpać. Włosy umyłam. Na kąpiel nie mam dziś sił. Nie dam rady. Muszę ogarnąć sypialnię. Przecież muszę gdzieś spać! Może jak poleżę jeszcze chwilkę, tylko chwileczkę to wreszcie nabiorę sił… Nie udaje się. 

Próbowałam. Znów nie wyszło. Znów jestem na siebie wściekła. Nienawidzę się. Jak można tak bardzo nie mieć sił?? Czy ja jeszcze w ogóle żyję? Czy tylko egzystuję?

Mój zmywacz do paznokci jest o zapachu kwiatów, które zawsze znajdują się na pogrzebach. To dla mnie zapach śmierci. Chyba powinnam wyrzucić ten zmywacz. Budzi we mnie zbyt dużo zbyt mocnych pragnień…

Bycie artystą wiąże się z dużymi kosztami… szczególnie dla artysty…

Jestem artystką od urodzenia. Już w pierwszych miesiącach życia artystycznie płakałam nieprzerwanie. Potem jako mała dziewczynka żyłam artystycznie: artystycznie obdzierałam sobie kolana, wymyślałam swój świat i zakochiwałam się jakbym była zupełnie niewidoma. Jako nastolatka chodziłam na artystyczne spacery i obmyślałam artystyczne plany na życie. 0_0_0_448287000_middleTeraz jako młoda kobieta, ale wciąż nastolatka uartystyczniam swoje relacje z ludźmi, swój makijaż i kiedy nikt nie patrzy to tańczę, czyli artystycznie chodzę w nieskładzie.

Od zawsze też tworzę. Kocham tworzyć. Robić coś po to, żeby z niczego zrobić coś. Najbardziej kocham tworzyć słowa, które stają się zdaniami, a te zamieniają się w coś, co ma opowiedzieć emocje. 

Myślę, że jestem małą artystką w ocenie innych, o ile w ogóle jestem. Ale w moim przeżywaniu jestem bardzo dużą artystką. Bo czy artysta to nie ktoś kto ma tak wiele emocji do opowiedzenia i wyraża je w najrozmaitszy sposób? A ja mam bardzo dużo emocji, które próbuję ubrać we… wszystko właściwie.

Ale bycie artystką wiąże się z ogromnym bagażem emocji. I czasem wydaje się, że nie ma niczego co do tych właśnie emocji by pasowało. Bo czasem emocje są tak duże jak Mount Everest. Choć w sumie nie. Są znacznie większe. 

________________________________________________________________________

Dedykacja od przyjaciółki. Dziękuję :-* Jestem wzruszona. To była moja dzisiejsza inspiracja… :-*

Maybe it is the time…

Jestem bezrobotna i bezsilna. 

Mój dad miał mieć operację, jednak jego stan zdrowia pogorszył się na tyle, że uniemożliwił wykonanie operacji. Nie wygląda zbyt dobrze. Martwię się o niego, choć nie za bardzo potrafię to okazać… Jutro będzie wiadomo już coś więcej. Podobno…

Ja też byłam dziś u lekarza. Nie jestem zadowolona z tej wizyty. Muszę zrobić badania, których wynik znam. Poza tym nic konstruktywnego nie usłyszałam. Jedynie rzeczy, które bardzo łatwo się mówi i które bardzo ciężko się robi, szczególnie gdy nie chce się żyć…

Bardzo mocno powróciła do mnie przeszłość. 1356524860_as5lis_600Dziś, nie do końca wiem dlaczego, emocje związane z przeszłością uderzyły tak mocno, że musiałam uciec do łazienki podczas spotkania. Do oczu napłynęły łzy. Miałam ochotę walić głową w ścianę. Albo zacząć chodzić po suficie…

Może to jest właśnie sygnał, że powinnam podjąć próbę pracy z tym tematem, again, again and again… Maybe it is the time. Time to do this. Time to changes. Maybe? A może nie…..

W głowie chaos, w emocjach burza z piorunami. Mam ochotę się pociąć tylko, że to już chyba mi nie pomoże. Nie tego potrzebuję, I think. Potrzebuję oczyszczenia, potrzebuję nowego, dobrego, czystego początku. Najtrudniejsze w tym jest to, że żeby coś zacząć muszę sporo „things” skończyć. Tak, to jest najtrudniejsze. 

Zobaczymy co przyniesie jutro. A potem pojutrze. Ale pojutrem będę się martwić dopiero pojutrze, a popojutrem dopiero popojutrze. Mój ulubiony fragment Biblii brzmi: „Nigdy się zatem nie zamartwiajcie o następny dzień, gdyż następny dzień będzie miał własne zmartwienia. Każdy dzień ma dosyć własnego zła.” 

Nic dodać nic ująć. 

Radość? Wiem, że to istnieje, ale co to takiego?

Tak dawno nie czułam już takiej totalnie beztroskiej radości. Owszem, wiele jest w moim życiu momentów dobrych, które dostrzegam i doceniam to że są. Czy jednak docenianie równa się odczuwaniu radości? W moim przypadku niestety nie. 

For example. W ostatnią sobotę dostałam od bliskich mi ludzi wspaniały prezent: dyplom maturzystki oraz długopis i pióro firmy Parker. Każdy z tych prezentów uważam za tak niezwykle cudowny! 20150516_223157Dyplom – jest szczery i są na nim własnoręczne podpisy – bezcenne. Długopis – naprawdę bardzo lubię tę firmę i jej długopisy są świetne. Pióro – jeeeej! Tutaj mogłabym mówić i mówić. Posiadanie pióra Parkera było moim marzeniem. Co więcej moje marzenie kończyło się na zwykłym plastikowym bordowym, niebieskim lub czarnym. One szybko się niestety niszczyły gdy chodzi o opakowanie jeśli można tak powiedzieć, natomiast stalówka tego pióra była świetna. Nie dostałam jednak takiego pióra. To, które dostałam przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Jest czarne ze złotymi metalowymi dodatkami. Aż strach zgadywać ile kosztowało. Jest genialne. Jestem nim oczarowana i zachwycona. Ciągle coś piszę, nie po to żeby coś konkretnego zapisać, ale aby po prostu potrzymać to cudeńko w ręce i napisać nim coś. Moi przyjaciele spełnili moje marzenie w stopniu, którego opisać się nie da. 

Najsmutniejsze jest jednak to, że chyba nie zdają sobie sprawy jak niezwykle i ogromnie cenny jest dla mnie ten prezent. Dlaczego? Bo kiedy go dostałam niemalże zaniemówiłam, a potem po prostu powiedziałam : dziękuję. Czułam, że to jest ten moment, żeby zacząć skakać i piszczeć z radości, jednak tego nie zrobiłam. Dlaczego? Sama do końca nie wiem. Chyba po prostu zapomniałam już co to przyjemność i zapomniałam jak można ją okazywać w stopniu odpowiadającym radości. 

Poza tym… Kiedy zobaczyłam te wspaniałe prezenty coś głęboko we mnie powiedziało mi: cieszysz się, naprawdę się cieszysz, to jest dla ciebie coś naprawdę wspaniałego. Jednak samego uczucia radości nie poczułam… Jak więc miałam mocno okazać coś czego nie poczułam? 

To bardzo smutne nie czuć radości, nie przeżywać tej emocji. Bardzo chciałabym ją znów poczuć i walczę o nią, ale póki co, to niestety mozolna walka… 

______________________________________________________________

„Lubimy wracać w miejsca, gdzie spotkało nas coś dobrego, gdzie spotkaliśmy kogoś ważnego dla nas. Lubimy te powroty, bo stale mamy nadzieję, że ktoś lub coś jeszcze na nas tam czeka.”

I feel lonely with my pain…

Czuję się samotna. Samotna z moim bólem. Wiem, albo przynajmniej tak myślę, że nikt w moim otoczeniu nie przeżywa takiego bólu jak mój. Więc nikt też nie może mnie zrozumieć. To smutne.

Czasem myślę sobie, że chciałabym wrócić do szpitala. Było tam jak było, ale tam przynajmniej nikt nie miał mi za złe tego, że nie chce mi się żyć, że nie potrafię znaleźć wysokiej motywacji i że mam czasem totalnie dosyć walki. 

Być może coś w tym jest, że łatwo jest być ofiarą. Myślę, że trochę chcę nią być. Po co? Bo wtedy ludzie poświęcają mi uwagę, czas na rozmowy. Bo nawet jeśli się litują (choć jakaś część mnie teraz bardzo krzyczy, że przecież ja nienawidzę litości) to litość to też uczucie. Dla uczuć, najróżniejszych, byłam do tej pory w stanie zrobić bardzo wiele. Po prostu dlatego, że uważam siebie za nic niewartą, więc każda odrobina emocji, jakie dostaję to dla mnie zaszczyt. Bo to takie cudowne, że zasłużyłam, żeby ktoś mnie lubił, szanował, kochał albo nawet udawał, że czuje do mnie któreś z tych uczuć. Ale to się zmieni. Nie dlatego żebym zaczęła się cenić, bo nie. Ale dlatego, że tak wyraźnie to zrozumiałam. A zrozumienie swojego problemu to pierwszy krok do jego rozwiązania.

20150518_173923P.S. Zrobiłam sobie dziś paznokcie ombre. Pierwszy raz. Nawet trochę wyszło. Jej.

_________________________________________________________

„Kiedy ktoś kogo kochasz, z kim łączyło Cię tak wiele, powie że chce być dla Ciebie przyjacielem, powiedz mu, że może nim być, jeśli z Twojego serca wymaże każdy dotyk, przytulenie, próby pocałunku… Powiedz mu, że może nim być, jeśli z Twojego serca wyrzuci tę miłość, która zdążyła sie już narodzić … Inaczej to nie będzie przyjaźń … Za każdym podaniem ręki, przyjacielskim objęciem będzie stało wspomnienie. Wszystko będzie nim podparte, nim i nadzieją na to, że może kiedyś jeszcze coś z tego będzie … A kiedy on powie, że nie potrafi, powiedz: trudno bracie, przyszedł kres ..I odwracając sie od niego – odejdź .. niech Cię już nie nęka. „

„You will stay, I’ll sail away…”

To uczucie upokorzenia, wykorzystania, żalu, złości. Ta kumulacja emocji. To poczucie, że znów spadłam na samo dno. Że czuję wszystko i nic, bo ból który mnie przeszywa jest tak głośny, że ogłuchłam i nie słyszę już nic. 

Już nie jeden człowiek mnie wykorzystał w życiu. Zawsze czuję się sama sobie winna, zawsze czuję największy żal do siebie. Zawsze czuję, że jestem tak bardzo głupia i naiwna, że nie sposób wyrazić to jakimikolwiek słowami.

Ostatnio bardzo silnie powracają do mnie sprawy z przeszłości. Tak wiele czynników składa się na to, że tak intensywnie przeżywam tamte jakże bolesne porażki – bo uważam każdą z takich sytuacji za moją osobistą porażkę. sailboatNa przykład od jakiegoś czasu śni mi się pewien sen. Śni mi się, że jestem w ciąży, w 9 miesiącu. Jestem sama, samotna, nieszczęśliwa i zaskoczona. Nic z tego nie rozumiem, ale przyjmuję to jako fakt, że będę samotną matką, bez środków do życia i sił potrzebnych do wychowania dziecka. Ojciec (nieznany mi) po prostu zostawił mnie bo mu się znudziłam i zupełnie nie przejmuje się tym co ze mną będzie – jakoś sobie poradzę. A ja nic. Ok. Nie buntuję się temu w żaden sposób. Potraktowałeś mnie jak śmiecia – ok, przecież to zupełnie naturalne. I żyję dalej. 
Pewnie nie zwróciłabym żadnej uwagi na ten sen, gdyby nie to, że powtarza się już któryś raz. 

Mam swoją teorię na to co moja podświadomość mówi do mnie poprzez ten sen. Dla mnie to dziecko to odpowiedzialność za emocje, których jest tak wiele i które są tak silne. Ojciec uciekinier to każda z osób, która mnie w życiu wykorzystała. A moja postawa – jej chyba tłumaczyć nie muszę. Po prostu przyjmuję wszystko na klate, bo przecież mnie można upokarzać i zostawiać samą sobie, bez żadnej pomocy. 

Zastanawiam się czy kiedyś zacznę cenić siebie na tyle, żeby uwierzyć, że nie każdy i nie zawsze ma prawo mnie wykorzystywać i upokarzać. Wątpię. 
It time to leave. Czy powinnam odejść? Nie wiem. Ja czuję, że tak. Ale to nie oznacza, że tak właśnie jest. Mi mówią to silne emocje, które ostatnio biorą górę nad moim życiem. 

You will stay, I’ ll sail away. Bardzo chciałabym odejść, zniknąć. Rozpłynąć się w powietrzu i przestać czuć. 

_____________________________________________________________

Ta piosenka wiele dla mnie znaczy. Była dla mnie jakimś początkiem i jest jakimś końcem. I’ll sail away.

„Wszystko inne tylko ona taka sama…”

Matura ustna z polskiego zaliczona na 100%. Sukces. Wszystkie matury za mną. Za miesiąc egzaminy zawodowe, choć wątpię żebym miała siły się do nich uczyć. Ale to co najważniejsze mam już za sobą i poszło dosyć pomyślnie. czlowiek-nieszczesliwyCieszę się. Tak, cieszę. To nic, że płaczę, to nic że ciągle się zawieszam, to nic że nie mam na nic siły. To nic. Cieszę się.

Póki co około od miesiąca szukam pracy. Byłam już na kilku rozmowach, wysłałam sporo CV. Na razie nic. Jeśli do przyszłego tygodnia nikt się nie odezwie to idę się zapisać do Urzędu. Chciałabym bardzo mieć już jakieś swoje pieniądze, ale z drugiej strony czuję, że nie mam sił pracować. Ciągle chce mi się płakać. Rano nie mam sił dotoczyć się nawet to łazienki. Nawet jak stoję to mam wrażenie jakby na świecie było za mało powietrza. 

Dziś znów płakałam. Mam pewne zmartwienia, które bardzo bolą. Prawie nikomu nie ufam na tyle żeby mówić o tym co przeżywam. A przecież nie będę ciągle siedzieć na głowie tym samym osobom. Moje sumienie na to nie pozwala. 

Wydarzyło się dziś coś… Coś co sprawiło, że zrozumiałam, że mój stan psychiczny naprawdę się pogarsza. Leżałam na łóżku, słuchałam muzyki i płakałam. Płakałam tak już jakiś czas, po czym usiadłam na łóżku, z oczami pełnymi łez, z bólem wyrysowanym na każdym milimetrze mojej twarzy i ciała i sięgnęłam do pewnej skrytki, którą posiadam w jednym z pokoi. Wyciągnęłam moje znajome, z którymi już bardzo dawno się nie widziałam. Żyletki. Rozłożyłam je. Zapragnęłam poczuć znów tą ulgę. 

Tym razem wygrałam walkę z żyletkami. Ale bardzo głośno mnie one wołają. Nie wiem jak długo to zniosę. Nie dlatego, że jestem słaba. Ale dlatego, że bardzo za nimi tęsknię. Dlatego, że to moje uzależnienie jest bardzo silne i głęboko we mnie zakorzenione.

Bardzo chciałabym być „dzielna” i silna. Ale jestem tylko człowiekiem. Tylko zwykłym, mającym też swoje granice wytrzymałości i odporności na ból człowiekiem. Człowiekiem, mimo dużej ilości dobra w życiu, bardzo nieszczęśliwym. 

_____________________________________________________

„Który raz stała tam szukając wspomnień
Obserwując tamtych dni gasnący płomień
Nie ma już i nie będzie tego więcej
Jak rozmawiać z zachodzącym dźwiękiem
Kto wysłucha jej, kto zrozumie
Kto poczuje to co tylko ona czuje
Nie ma szans rozdział trzeba zamknąć
Warto ogrzać się żeby nie zamarznąć
Znaleźć miłość, ruszyć z miejsca, zacząć kochać
Nowa przyszłość ale inna niż wyśniona
Plany jutra – kiedyś dziecko, nowe życie
Lecz z kimś innym niż mówiły obietnice
Trzeba składać to łącznie z sobą samą
By wędrować nawet drogą rozkopaną
Wszystko inne tylko ona taka sama.

I nie mów jej że zapomnieć ma
Rozumiem ją, rozumiem jej świat
I nie mów jej że zapomnieć ma
Rozumiem ją, rozumiem jej świat.

Gdy jest ciemno, chłodny wiatr, ona wraca tam
Widzi jego, widzi siebie jak tamtego dnia
Przypomina sobie gwiazdy co spadają
One chyba jednak życzeń nie spełniają
Choć powiedz mi jak bardzo tęsknisz
Jak zniszczony jest Twój pamiętnik
Uwierz w to że nikt tak nie znika.”

Przyzwyczaić się…

Mam wrażenie jakby ostatnio moje życie to był sprint. Matury pisemne – napisane. Matury ustne – w trakcie. Angielski ustny zdany na 70% – jest ok, choć oczywiście moja ambicja mnie biczuje: ‚czemu nie więcej?’ Ustny polski jutro godzina 17.20. Trochę się stresuję, ale myślę, że nie będzie najgorzej. Poświęciłam na przygotowanie się dużo czasu i sił. Mam nadzieję, że egzaminatorzy to docenią. A nawet jeśli nie to nie specjalnie mnie to obchodzi. Matura to nigdy nie było coś niezbędnego mi do istnienia. Może właśnie dlatego idzie mi ona nie tak źle.

Niestety jeśli chodzi o moje samopoczucie to trochę gorzej. Do smutku się powoli przyzwyczajam, o ile można się przyzwyczaić do bycia nieszczęśliwym… Natomiast przerażająco nie mam sił, co może być wynikiem naprawdę wielu rzeczy… sSkutek jest jednak taki, że jestem totalnie bez energii, nie mam sił nawet na rzeczy, które lubię takie jak jazda rowerem czy spacer. Coraz częściej jest to tak bardzo zniechęcające, że mam ochotę się zabić tylko dlatego, że w innym wypadku czuję, że zaraz oszaleję. 

Jak się jest tak długo chorym jak ja to można się przyzwyczaić nawet do myśli o samobójstwie. To, że te myśli się pojawiają wydaje mi się tak naturalne jak to, że oddycham… Nie są przyjemne, ale są znane. Znam dużo sposobów na popełnienie samobójstwa i wiem, którego z nich chciałabym użyć. Oswoiłam się ze śmiercią i nie boję się jej. Jednocześnie wiem już co mam robić kiedy napięcie wzrasta, jak tłumić myśli o końcu życia, albo co może pochłonąć mnie na tyle, że „zapomnę” o tym jak mi źle.

Przyzwyczaić się. Czy można się przyzwyczaić do depresji? Nie wiem, myślę, że to sprawa indywidualna. Ja się chyba przyzwyczaiłam jednak każdy moment w życiu, który jest naprawdę dobry przypomina mi jak powinno wyglądać życie i że moje przyzwyczajenie jest złe. Są to też momenty czasem bolesne, bo przypominają mi również jakie moje życie nie jest…